Sara

Miałam gorzej niż aborcję. W szóstym miesiącu nieudolny do tej pory lekarz wykrył u mojego dziecka rozszczep kręgosłupa i wodogłowie. Nikt nie podjął się aborcji, skierowano mnie do Anglii tylko tam możliwe było zabicie płodu grubą igłą wbitą przez mój brzuch prosto w jego serce. Po tygodniu miałam zgłosić się do polskiego szpitala i udawać niepokój, że nie czuję ruchów dziecka. Potwierdzono obumarty płód, skierowano do szpitala na wywołanie porodu. To trwało łącznie prawie dwa tygodnie. Na oddziale rodziłam martw dziecko na ogólnej porodówce, tuż obok mnie kobieta  urodziła, słyszałam płacz jej noworodka. Chamski ordynator zgwałcił mnie swoimi paluchami, jak odmówiłam badania. Wrzeszczał na mnie, poniżał mnie. Po wielu godzinach dano mi narkozę i wyciągnięto dziecko kleszczami. Nikt mi go nie pokazał nie dano się pożegnać. Nie dostałam pomocy psychologicznej. Nazajutrz zwolniono mnie do domu. Czy warto było, nie wiem, na szczęście nigdy się już nie dowiem, czy lepiej jest patrzeć na powolną śmierć noworodka, czy samemu przejść przez piekło. Chyba wolę to drugie.  Nigdy, nigdy tego nie zapomnę.