Paulina

Dwa razy w życiu zaszłam w ciążę i dwa razy ją usunęłam. Nigdy nie odczuwałam potrzeby, by szerzej opowiadać o tych decyzjach, ale też nie ukrywałam szczególnie tego faktu przed bliskimi znajomymi. Teraz jednak mam poczucie, że taka opowieść staje się rodzajem konieczności. Rozumiem, że dla wielu kobiet aborcja jest doświadczeniem trudnym – i to z wielu powodów.  Z moich rozmów z innymi kobietami wynika zresztą, że ta trudność i poczucie dyskomfortu częściej związane są z samym faktem zajścia w ciążę (wściekłość, że zawiodła antykoncepcja; irytacja, że postąpiło się nierozważnie [tak, o zgrozo, ludzie czasem zachowują się głupio 😉 – w seksie też] niż z decyzją o jej usunięciu. Ja jednak miałam to szczęście, że nie traktowałam aborcji – ani tych kilkanaście lat temu, ani z dzisiejszej perspektywy  –  jako doświadczenia trudnego czy psychicznie bolesnego.
Pierwszy raz zaszłam w ciążę, gdy miałam chyba 23 lata – zgodnie z zaleceniami mojej ginekolożki zrobiłam miesięczną przerwę w antykoncepcji hormonalnej, zastosowałam globulki, ale ta metoda zawiodła. Za drugim razem, z tym samym partnerem – mniej więcej dwa lata później – byliśmy nieuważni, czyli mówiąc wprost: zachowaliśmy się głupio, ale z fantazją. Nie jest to powód do dumy, ale też nie do wstydu.  Nigdy nie chciałam być matką i choć mam 37 lat, nic się w tej kwestii nie zmieniło.  Ta decyzja nie była i nie jest wynikiem jakiejś wewnętrznej walki, po prostu nie widziałam i nie widzę się w tej roli, nie odczuwam potrzeby, by to akurat doświadczenie – na pewno dla większości kobiet piękne – stało się moim udziałem. Mój poprzedni stały partner również nie planował mieć dzieci, a obecny mąż zaakceptował mój wybór i w pełni mnie w nim wspiera. Usunięcie ciąży było zatem dla mnie w tych dwóch przypadkach sprawą oczywistą – zdecydowałam się na aborcję farmakologiczną, raz w gabinecie w Warszawie, raz przez Women on Waves. Za każdym razem odpowiednie kroki podejmowałam bardzo szybko, aborcje przeprowadziłam w 5 i chyba 7 tygodniu. Na szczęście nie doszło do żadnych komplikacji, nie odczuwałam też zbyt silnego bólu, choć byłam osłabiona. Po zabiegach czułam ulgę – głównie ze względu na to, że wszystko przebiegło stosunkowo spokojnie. Choć rzecz jasna wolałabym nie mieć obcego mi poczucia,  że w sytuacji dla mnie i mojego partnera prostej i niebudzącej wątpliwości zmuszona byłam przez państwo do poruszania się na granicy prawa oraz potencjalnie ryzykowania swoim zdrowiem.
Obecnie stale stosuję antykoncepcję hormonalną, gdyby jednak w którymś momencie zawiodła – nigdy dość przypominania, że to się zdarza! [skoro tak łatwo obwiniać kobiety, może dla odmiany obwiniajmy firmy farmaceutyczne za niewymyślenie antykoncepcji skutecznej w stu procentach – to oczywiście żart, choć nie całkiem bezzasadny] – wiem, że ponownie usunęłabym ciążę. I wiem, że mój mąż zgodziłby się z tą decyzją, choć dla niego byłoby to zapewne nieco trudniejsze niż dla mnie.
Nie każda aborcja jest dramatem. Zdecydowana większość to po prostu jedno z życiowych doświadczeń – oczywiście, niezbyt przyjemne, ale często łatwe do zracjonalizowania, niekiedy wręcz wzmacniające. A przynajmniej mogłoby takim być, gdyby każda kobieta – ze swoim partnerem, jeśli odczuwa taką potrzebę – mogła decyzję o aborcji podejmować zgodnie z własnymi przekonaniami, odpowiedzialnie, w poczuciu sprawczości, a przede wszystkim bezpiecznie.