M

O tym jak zmieniłam zdanie dzięki temu, że przecież  ‚ja to co innego, szczególny przypadek’ – zrozumiałam, że każdy jest szczególnym przypadkiem… Po kolei.
Jako bardzo młoda dziewczyna, byłam przeciwna aborcji ‚na żądanie’ i nie mogłam zrozumieć koleżanek, które jej dokonały (tak, znam kilka dziewczyn, które to zrobiły, jednej nawet pomogłam – choć nie uważałam jej decyzji za słusznej i byłam przeciwna, postanowiłam pomóc, kiedy powiedziała „albo mi ktoś pomoże, albo się zabiję” – bo wiedziałam, że nie żartuje…)

Miałam 23 lata, za sobą dwa  nieudane związki – pierwszy, bardzo toksyczny, z którego wyszłam z depresją i poharataną psychiką i drugi – tuż po pierwszym, z chłopakiem bardzo we mnie zakochanym, który chciał mi pomóc się otrząsnąć i wyjść na prostą. Po roku jego heroicznej walki z moimi demonami okazało się, że dłużej tego ciężaru dźwigać już nie może – co mnie wcale nie dziwi, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu. Było ze mną źle i odbijało się to bardzo na moich najbliższych, nie wspominając o mnie samej. Właściwie nawet dziwię się, że tak długo wytrzymał i że nikt w tamtym czasie nie przymusił mnie do terapii. Rozstaliśmy się w zgodzie i wzajemnym szacunku, zupełnie rozumiałam jego powody, on rozumiał, że potrzebuję czasu samotności by uporać się z tym, co mnie spotkało. Oboje płakaliśmy, ale wiedzieliśmy, że to właściwa decyzja. Dostał grant na doktorat za granicą i wyjechał spełniać swoje marzenia i zapomnieć o szurniętej dziewczynie.

Ze względu na stan zdrowia, brałam tabletki hormonalne, jednak podczas 7-dniowej przerwy wmiędzy opakowaniami po naszym rozstaniu nie dostałam okresu. Nawet mnie to nie zaniepokoiło – dużo alkoholu, papierosy, przewlekły stres, niezdrowe jedzenie… Kilka dni później udałam się do mojej ginekolog na kontrolę i przyznałam się jej do braku okresu, wciąż na luzie. Podczas badania pani ginekolog powiedziała ‚jeszcze za wcześnie by stwierdzić ciążę’. Zrobiło mi się słabo. Sugerowała odstawienie tabletek, tłumaczyła, że mogły zawieść. Wyszłam od niej na miękich nogach, przygnieciona strachem, choć jeszcze 15 minut wcześniej nawet nie przeszłoby mi przez myśl, że mogłam wpaść.

Kupiłam w aptece test ciążowy, ponoć najlepszy, ale musiałam odczekać ze zrobieniem go – nie pamiętam ile dokładnie dni/tygodni po spodziewanym okresie zaczynał być wiarygodny, ale chciałam do tego momentu zaczekać. To było 5 dni. Pięć długich, wypełnionych dławiącym strachem dni. Myślałam o podróżach, które miałam odbyć, o studiach, na których byłam najlepsza na roku, o zagranicznych praktykach, które miałam akurat w planach… Myślałam o sobie, o mojej depresji, o napadach histerii… Jak ktoś tak pokaleczony psychicznie może być matką? Myślałam o M., który wyjechał leczyć serce, które mu złamałam… O tym, jakby się czuł, gdyby się dowiedział. Jaki był odpowiedzialny, dobry… Na pewno zrobiłby ‚co trzeba’ choć pękałoby mu serce, a jego doktorat odpłynąłby w niebyt.

Podjęłam decyzję. Kupiłam lot do Paryża, gdzie miałam znajomych, z myślą o kupnie tam tabletki wczesnoporonnej. Kupię, zażyję, będę tam hospitalizowana w razie potrzeby, nikt w Polsce się nie dowie. Nikomu nie powiem po co jadę, podróże to świetna wymówka. Z podjętą już decyzją, zrobiłam w końcu test. To był mój pierwszy raz i nie wiedziałam jak działa. Kiedy zobaczyłam, że cała przedziałka robi się czerwona, pomyślałam, że to na 100% ciąża, zaczełam płakać, wyszłam z łazienki. Rozhisteryzowana zadzwoniłam do siostry – jedynej osoby, której się zwierzyłam z moich przypuszczeń. Uspokoiła mnie, kazała wrócić do łazienki i sprawdzić test – była na nim 1 kreska. Znów płakałam, ale ze szczęścia, z ulgi.
Wiem, że historia trochę przydługa jak na zakończenie ‚jednak nie miałam aborcji’, że może wstęp za długi… Ale właśnie wtedy zrozumiałam, że każdy przypadek jest wyjątkowy. Że każda kobieta ma prawo do przerwania ciąży bez podania przyczyny. Że jedynym co się wtedy odczuwa, to ulga… Bo nie mam wątpliwości – gdybym na teście zobaczyła 2 kreski, wsiadłabym do tego samolotu, kupiła tabletkę i wzięła bez zawahania. A gdyby nie zadziałała, znalazłabym we Francji klinikę. Bo jedno wiem na pewno – jeśli kobieta wie, że nie chce dziecka, to go nie urodzi.