Jagoda

Usunęłam ciążę gdy miałam 22 lata, byłam na 3-cim roku studiów, to były lata 80-te, PRL. Z jednej strony aborcja była dostępna, legalna, mówiło się o niej (ale po cichu) „zabieg”,  z drugiej w kościołach pokazywali już „Niemy krzyk”, a księża z ambon grzmieli o mordowaniu nienarodzonych. Nie byłam zbyt religijna, nie widziałam też „Niemego krzyku”, wiedziałam też o tym, że kilka kobiet z mojego otoczenia miało zabieg. W mojej świadomości nie była to zbrodnia, dopuszczałam taką możliwość, ale nie jako  „środek antykoncepcyjny”. No własnie, antykoncepcja w tamtych czasach to była kompletna prowizorka. Najpopularniejszy był stosunek przerywany, potem tzw. kalendarzyk, nie wiem czemu, ale faceci rzadko mieli prezerwatywy, ja używałam jeszcze globulki patentex. Przez 3 lata się udawało… do czasu.
Zaszłam w ciążę z byłym chłopakiem. Przypadkowe spotkanie podczas zabawy sylwestrowej, on z nową dziewczyną-narzeczoną, ja sama… Taniec, krótka rozmowa i umówiliśmy się na spotkanie następnego dnia powspominać dawne czasy, „przecież możemy być przyjaciółmi”. Wspominanie nie trwało długo, sytuacja bardzo szybko wymknęła się spod kontroli: spojrzenia, gesty, niesłyszane dawno czułe słowa i.. bardzo szybko wylądowaliśmy w łóżku, oczywiście bez zabezpieczenia: na jego „możesz dzisiaj?” powiedziałam „tak”. Dwa dni po miesiączce – myślałam, że mi się upiecze. Ale się nie upiekło. Spotkanie zakończyliśmy przysięgą, że już nigdy więcej i że nikt się o tym nie dowie. Kilka dni później wyjechałam do NRD na coś w rodzaju studenckiej wymiany. Gdy okres się nie pojawiał, początkowo pomyślałam, że to z powodu podróży, zmiany trybu życia. Gdy mijały kolejne dni, przestałam mieć nadzieję. Narastało we mnie przerażenie. Żyłam jak w amoku, pamiętam to ciśnienie, pulsowanie w głowie, nocne koszmary. Z nikim nie mogłam o tym porozmawiać. Myślałam tylko… układałam scenariusze. Żaden nie był dobry. Nie mogłam znaleźć szczęśliwego zakończenia. Byłam z tym sama, również po powrocie do Polski. Niecałe pół roku wcześniej zmarła moja mama. Schorowany, przygnębiony ojciec ledwo łączył koniec z końcem, wcześniej wyprzedawał wszystko na leczenie mamy. Jeszcze nie odżył, aby mógł mi pomóc. Poszłam do ginekologa, lekarka potwierdziła ciążę ok 7-8 tygodnia. Była bardzo empatyczna, po dość długiej -jak na  lekarską wizytę- rozmowie z jej ust padło pytanie: „czy chcesz urodzić?” Odpowiedziałam, że nie. Dostałam od niej adres, prywatnej spółdzielni w Warszawie, gdzie można szybko poddać się zabiegowi. Wyjaśniła, że na bezpłatną aborcję w szpitalu raczej się nie kwalifikuję. Następnego dnia umówiłam się na zabieg, który miał się odbyć tydzień później. Wtedy powiedziałam o wszystkim przyjaciółce, prosiłam ją o to, by ze mną pojechała. Nie pochwalała tego co robię, ale mi pomogła, pożyczyła też brakującą sumę. Byłego chłopaka nie poinformowałam, nie chciałam komplikować mu życia, nie mieliśmy zresztą kontaktu.
Na poczekalni spotkałam jeszcze 3 kobiety, nie były to młode dziewczyny.
Zabieg był pod narkozą. Lekarze mili, rzeczowo informowali o wszystkim. Nic nie czułam, nie pamiętam ile to trwało. Obudziłam się w pokoju, gdzie oprócz mnie leżała jeszcze jedna kobieta. Powiedziała mi, że ma już 2 dzieci i nie chce więcej, ale mówiąc to płakała. Za to ja pamiętam ogromną ulgę i swoją radość.   Na stoliku leżała recepta na antybiotyk. Mogłam tam pozostać kilka godzin, ale szybko doszłam do siebie.
Byłam wdzięczna mojej przyjaciółce, po wszystkim przytuliła mnie mówiąc „mam nadzieję, że nie będziesz tego żałowała”, a ja pamiętam ten moment, kiedy znowu mogłam ułożyć swoje myśli.  Nie żałowałam. Nie miałam syndromu poaborcyjnego. Nigdy do tego nie wracałam. Do dziś.
3 lata później skończyłam studia, zaczęłam pracę i poznałam swojego męża, dziś mam 2 dorosłych dzieci.
Chciałabym, aby żyły w spokojnym,  kraju, gdzie o przyjściu na świat dziecka decyduje nie groźba kary, ale poczucie bezpieczeństwa.