Inga

Moja opowieść to w zasadzie list otwarty do Natalii Przybysz, gdyby nie jej opowieść, ja na opowiedzenie swojej pewnie bym się nie zdobyła nigdy.
Pani Natalio – jestem z Panią i Panią mocno podziwiam za odwagę i szczerość, bo niewiele osób publicznych i takich zupełnie nieznanych także –  stać na takie wyznanie.

Jestem po prostu z Pani dumna, że bez żadnej ściemy i kręcenia napisała Pani o przerwaniu ciąży i o powodach takiej decyzji. Żeby była pełna jasność: w 100% te powody rozumiem i akceptuję.

Podziwiam Panią tym bardziej – że mnie samą nigdy na taką odwagę nie było stać.
O tym, że przerwałam ciążę, wie tylko jej sprawca, mój późniejszy mąż, dziś już exmąż, moi rodzice i lekarz, który aborcję przeprowadził.
Były lata 70te zeszłego wieku a ja na 1 roku studiów, ledwo udało mi się przebrnąć przez 1 sesję a tu taka wiadomość… byłam załamana i przerażona. I wściekła na siebie, na swoją głupotę, na „jakoś to będzie” na „jakoś się uda, do tej pory się udawało to i teraz…”.

Bo jedyne metody antykoncepcyjne, jakie stosowaliśmy z moim chłopakiem to był kalendarzyk i moje „uważaj, proszę Cię, uważaj” ale z tym „uważaniem” bywało różnie, po każdym „nieudanym uważaniu” mój chłopak, na moje pretensje reagował zapewnieniami, żebym się nie martwiła, że jakby co to on się ze mną ożeni i pomoże wychować dziecko.

Tyle, że ja kompletnie żadnego dziecka nie chciałam.
Miałam 19 lat, mentalnie znacznie mniej, wreszcie wyrwałam się spod kurateli rodziców, przeprowadzka do wielkiego miasta mnie oszołomiła – chciałam się bawić, chodzić do kina, teatru, na koncerty, dyskutować, rozwijać się, poznawać ludzi i siebie, swoje potrzeby i marzenia. Jasne – miłość też miała w tym wszystkim jakieś miejsce, tym bardziej, że właśnie odkryłam uroki seksu, ale marzenia o domu i rodzinie, o jakimś tam „wiciu gniazdka” były mi zupełnie obce.

Ta ciąża była więc wpadką, ale także dowodem na moją zupełną niedojrzałość, bo uprawiać sex praktycznie bez zabezpieczenia i liczyć na cud – to kompletny brak odpowiedzialności i głupota. Ale niezależnie od tej głupoty, niedojrzałości i braku odpowiedzialności jednego byłam pewna – o urodzeniu dziecka nie ma mowy.
To zrujnowałoby kompletnie moje plany studiów, rozpieprzyło by mi życie.
Zdawałam sobie sprawę z tego, jaką jestem życiową gówniarą, jak bardzo niesamodzielną i dziecinną, sama potrzebowałam jeszcze wiele czasu, by dorosnąć – więc wizja bycia matką, nawet z ewentualną pomocą jednej czy drugiej rodziny po prostu mnie porażała i budziła wewnętrzny sprzeciw.
Nie, absolutnie nie, nie ma mowy.

Na szczęście w tamtych czasach nie było to takie trudne, jak dziś.
Powiedziałam więc rodzicom, z duszą na ramieniu, czy raczej w totalnej panice, bojąc się ich reakcji.
Tata uniósł się honorem i trochę „słownie sponiewierał” mojego chłopaka, natomiast mama zachowała się nadzwyczaj spokojnie i rzeczowo.
To, że ciąży nie chcę kontynuować było dla mamy jasne, nie musiałam jej przekonywać, na szczęście.
Sama znalazła mi lekarza i towarzyszyła mi podczas pierwszej wizyty.
Paradoksalnie – był to ten sam ginekolog, który towarzyszył mamie przy moich narodzinach, to on odbierał poród… ale nie czułam się z tym dziwnie.
Bo był to bardzo taktowny, małomówny  i delikatny starszy pan.
Sam zabieg odbył się bez problemów i bez bólu, pod narkozą, w jego prywatnym gabinecie, w asyście pielęgniarki i, o ile pamiętam, anestezjologa.
W owych czasach to nie była standardowa procedura,  a  miała miejsce ze względu na te „prywatne układy” mojej mamy,  kosztowało to trochę więcej, niż przeciętnie, ale warto było zapłacić za te dobre warunki. I także za serdeczne, pełne troski słowa tej pielęgniarki (położnej?) które usłyszałam już po zabiegu: jak będzie przebiegać rekonwalescencja i jak zapobiegać podobnym wypadkom, rzeczowo i konkretnie.
Wszystko bardzo taktownie i z sercem, żadnego broń boże pouczania, wytykania czy nagany w głosie.

Pamiętam to do dziś. 
I do dziś nigdy, ale to nigdy nie żałowałam swojej decyzji.
Jasne, parę razy zdarzyło mi się snuć przypuszczenia, co by było, gdybym wtedy postąpiła inaczej, jak wyglądałoby moje życie teraz – ale chyba nie starczało mi wyobraźni, nie pojawiała się żadna wizja…z pewnością nie ma też mowy o żadnych wyrzutach sumienia – nic z tych rzeczy, to jedynie próby znalezienia odpowiedzi na pytania, które od czasu  do czasu nas nawiedzają.

To jedynie teoretyczne rozważania na temat wyborów, których dokonaliśmy w życiu, w jakim kierunku nas popchnęły, bo słuszności owego wyboru byłam i jestem pewna.
Minęło mnóstwo czasu, a mój syn, który urodził się 7 lat później ma dziś 34 lata.
Urodził się – bo go bardzo pragnęłam, bo to był właśnie TEN czas, ten moment mojego życia, odpowiednia chwila, kiedy czułam, że chcę.
I tej decyzji też nie żałowałam, nigdy.

I myślę, że dobrze by było, by każda z nas miała możliwość takiego wyboru.
I wara każdemu od oceniania naszych pobudek.
I aż mnie ponosi, gdy widzę to plucie jadem, te zniewagi, bezczelne opowieści, jak to na 20 metrach kwadratowych żyje sobie szczęśliwie 5 osobowa rodzina. Chce mi się wtedy krzyczeć – no dobra, ale co z tego? Czemu ktoś musi to naśladować?
Czemu nie mamy prawa powiedzieć – chcę czegoś innego?
I jeszcze ten krzyk o „morderstwie”, o”zabiciu dziecka” zamiast mówić o „przerwaniu ciąży”.I wciąż o tym mówię i piszę,  ale nie mam odwagi, żeby otwarcie podpisać się pod opowieścią o sobie.
Nie mam tyle odwagi, co Pani.

Jest mi z tym moim tchórzostwem niefajnie – ale wie Pani, ja jestem już trochę zmęczona. Czasem brak mi sił na dyskusje, netowe kłótnie, na szukanie argumentów w odpowiedzi na hejty i obrzucanie błotem.

Coraz bardziej brakuje mi sił na odpieranie ataków, szczególnie kiedy „rozmówca” nie słucha, nie czyta, wyłapuje co trzecie słowo albo i nie tyle.
Na temat aborcji, proponowanych zmian w ustawie, na temat „kiedy zaczyna się człowiek” i na wszystkie pokrewne –  napisałam już tyle, wylałam tyle łez i potu… i przekonałam się po raz kolejny, że żyjemy w społeczeństwie pełnym idiotów. I ludzi podłych. Okrutnych i bezwzględnych.

Nie mam już sił z nimi walczyć. A znieść ich podłości i okrucieństwa tak po prostu, bez walki – także nie potrafię. A że po takim wyznaniu zostałabym zaatakowana i oblana wszelkim okrucieństwem tego świata – jestem pewna. Więc choć mi źle z tym moim tchórzostwem – opowiadam o tym nie podając personaliów.
I żeby było jasne – nie jestem z tej swojej aborcji dumna, nic z tych rzeczy, ale w mojej ówczesnej sytuacji, w tamtym życiowym momencie to była słuszna decyzja.
I myślę też, że nikt z nas nie jest idealny i każdej, a przynajmniej większości z nas, może zdarzyć się „niepożądana ciążą”.

Może się zdarzyć chwila miłosnego uniesienia, w której zapomnimy o bożym świecie i o antykoncepcji… albo mimo jej stosowania – ona zawiedzie… jakaś pomyłka, jakiś fatalny zbieg okoliczności. 
Nie pytam, bo nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia – jak było w Pani przypadku.
To nieistotne.
Absolutnie.

Ważne natomiast – że nie była to ciąża wyczekiwana, że jej Pani nie chciała. Nie chciała dziecka. Jak dla mnie nie potrzeba tu żadnych więcej wyjaśnień.

Przepraszam za ten przydługi wywód, mam jednak nadzieję, że po przeczytaniu poczuje się Pani lepiej. Że nie jest Pani sama.

Pozdrawiam gorąco i życzę sporo sił w walce całą głupotą tego świata.

#MiałamAborcję