Zosia

Miałam aborcję dwa razy. Farmakologiczną. Dzięki Women on Web. I teraz tak – nigdy się tego nie wstydziłam ani nie kryłam przed rodziną ani znajomymi, a teraz, ze względu na sytuację w Polsce, uważam mówienie o tym publicznie za ważniejsze niż kiedykolwiek, ALE wiem też, że nasze wspaniałe państwo może próbować się przyczepić do osób, które udzieliły mi wsparcia, dlatego nie podam tu wszystkich szczegółów.

Aborcja nr 1. Byłam na studiach. Przestałam brać pigułki, bo mój chłopak studiował w innym mieście i widywaliśmy się nie częściej niż raz na miesiąc, co mnie bardzo frustrowało. Płacenie za pigułki ze studenckiego budżetu i „faszerowanie się hormonami” (tak wtedy myślałam, zadziałała chyba indoktrynacja) wydawało mi się niewarte tego seksu co 5 tygodni. Nie wiedziałam, że po odstawieniu pigułek wzrasta płodność i że można mieć dwie owulacje w cyklu. Do zapłodnienia doszło przedostatniego dnia cyklu. Byłam do tego stopnia nieświadoma, że tuż przed okresem można zajść w ciążę, że kiedy parę tygodni później zrobiłam test, nie zauważyłam bardzo bladej drugiej kreski – po prostu nie wierzyłam, że ją zobaczę (a może jej jeszcze nie było). Tydzień później już zobaczyłam wyraźnie. Pamiętam, że pierwsze co zrobiłam, to zadzwoniłam do mamy (mama jest super, zresztą też kiedyś usunęła ciążę), a do chłopaka wysłałam SMS-a, bo nie chciałam go budzić tak rano…
Nie chciałam mieć dziecka, nie dlatego, że studia, że brak kasy, że cokolwiek, tylko przede wszystkim dlatego, że nie chciałam mieć dziecka. Pytanie nie brzmiało więc: czy przerwać ciążę, tylko jak to zrobić. Strasznie się denerwowałam, że nie zdążę. Nie pamiętam, kto mi polecił WoW. Zamówiłam zestaw. Poszłam na USG, ciąża bliźniacza, 6-7 tydzień (chyba; nie pamiętam dokładnie, minęło wiele lat). Widząc mój brak radości, ginekolog (z przypadkowego prywatnego gabinetu) zaproponował, że może pomóc.

Powiedziałam, że nie trzeba. To był chyba najgorszy okres w moim życiu – czekanie na przesyłkę, bieganie na pocztę, mimo że nie było awizo, próba uruchomienia jakichś „planów B”, zwiady w podziemiu aborcyjnym. Samego „zabiegu” też się bałam, ale wszystko przebiegło bez komplikacji. Powiedziałabym nawet, że było nadspodziewanie OK. Przyjechał mój chłopak z workiem leków przeciwbólowych i listą najbliższych szpitali (na wypadek krwotoku). Wynajęliśmy pokój z łazienką w porządnym hostelu (mieszkałam w dwójce bez łazienki w akademiku), czekając aż „się zacznie” zamówiliśmy pizzę, obejrzeliśmy jakiś film na komputerze. O dziwo ostry ból przyszedł już po Mifepristone, po Misoprostolu za to skurcze były dość łagodne. Nie pamiętam, ile godzin to trwało, ale późnym wieczorem wydaliłam płód (wyglądał jak kurza wątróbka, żadnych rączek, nóżek itp.), poszliśmy spać, rano wymeldowaliśmy się z hostelu, chłopak pojechał, a ja poszłam na zajęcia, dosłownie w podskokach. Nigdy nie czułam takiej ulgi, tego nie da się z niczym porównać. To doświadczenie bardzo mnie zbliżyło z moim chłopakiem i mimo że jakiś rok-dwa lata później nasze drogi się rozeszły, to wtedy naprawdę stanął na wysokości zadania. Aha, normalna miesiączka wróciła w terminie, nie miałam żadnych nieprzyjemnych objawów, nic.

Aborcja nr 2. Po rozstaniu z ojcem płodu nr 1 znów przestałam brać pigułki antykoncepcyjne, bo nie miałam stałego partnera, więc wiadomo, i tak trzeba stosować prezerwatywy. Minęło kilka lat, spotkałam dawnego znajomego/kochanka, do którego zawsze miałam słabość, „polecieliśmy” (nie, nie byłam nawalona do nieprzytomności, raczej upojona chemią, która między nami była, i nie mam na myśli narkotyków, tylko feromony). Następnego dnia pobiegłam do apteki po pigułkę po, EllaOne wtedy była rzekomo dostępna bez recepty. Owszem, powiedziała pani farmaceutka, bez recepty, ale nie ma jej w hurtowniach, gdzieś na granicy województwa były jeszcze 4 sztuki, ale w moim mieście ani jednej. Była sobota, uznałam, że taniej niż płacić za wizytę w prywatnym gabinecie (gdzie i tak nie ma pewności, że dostanę receptę na Escapelle) będzie, jeśli znajoma, która miała wtyki w aptece w innym mieście, wyśle mi pigułkę przesyłką konduktorską. Zażyłam ją ok. 27 godzin po stosunku. Dwa tygodnie później zrobiłam test – pigułka nie zadziałała. Moja reakcja: „bogini, k…wa, płodności”, „pancerny, k…wa, plemnik” (k..wa jako przecinek, nie epitet). Załatwiłam sobie Cytotec, na wypadek gdyby przesyłka z WoW nie doszła (celnicy, te sprawy). Poszłam na USG, które nie wykazało zarodka w macicy, natomiast wykazało jakąś 2-cm zmianę w jajniku. Diagnoza: podejrzenie ciąży pozamacicznej. 6 dni życia w strachu, badania co 2 dni, spakowana torba do szpitala. 6-go dnia na USG pokazał się płód w macicy, wcześniej był za mały (później się okazało, że z tym jajnikiem też ok, ot – powiększony pęcherzyk czy coś). Przesyłka doszła. Dawca plemnika się zdematerializował (a konkretnie – pojechał na narty do Austrii). Akurat żadna z bliższych przyjaciółek nie miała czasu mi towarzyszyć, jedna przyszła na początku dodać mi otuchy, ale później już zostałam sama w domu. Niepokoiłam się trochę, że coś mi się może stać, ale tym razem ciąża była wcześniejsza niż poprzednio (chyba 6 tydzień), no i wiedziałam, czego się mogę spodziewać. Poszło bardzo szybko i bezboleśnie. Żałuję tylko tego, że powiedziałam bliskim osobom w pracy o tym podejrzeniu ciąży pozamacicznej (byłam roztrzęsiona, było widać, że coś się dzieje), wszystko zgodnie z prawdą, łącznie z tym, że wpadka, ale potem nie przyznałam, że jednak ciąża okazała się zdrowa i ją usunęłam, tylko utrzymywałam dalej, że pozamaciczna, ale obumarła i się wchłonęła bez konieczności zabiegu.

Od tego czasu jestem na pigułkach antykoncepcyjnych i pewnie nie przestanę ich brać aż do menopauzy. Ginekolożka odmówiła założenia spirali „bo nieródkom się nie zakłada”. Co kilka miesięcy mam ciążową schizę, boję się, że wpadnę mimo stosowania pigułek i prezerwatyw, w końcu matka natura bardzo chce, żebym miała dziecko (takie geny!), a ja chcę sama decydować o swoim życiu. Napisałam to, bo skoro ja się nie wstydzę – a zaszłam pierwszy raz przez niedouczenie, a drugi przez lekkomyślność – to Ty tym bardziej nie powinnaś, siostro: )

PS Znam cztery inne dziewczyny, które też miały aborcję, z różnych powodów. Jedna jest matką dwójki dzieci. To nie jest tak że zwolenniczki prawa wyboru to bez wyjątku nienawidzące dzieci ladacznice. Jest nas (zwolenniczek prawa wyboru, nie ladacznic) całkiem dużo. Pora wyjść z szafy.

#MiałamAborcję

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *