H.

Nie miałam nigdy aborcji, nie wiem, czy kiedykolwiek będę mieć.  Od paru lat nie mieszkam w Polsce, mieszkam w kraju, gdzie aborcja jest legalna, zgodnie z prawem obowiązującym w większości krajów UE. Parę razy zdarzył mi się seks bez zabezpieczenia, raz brałam postinor, pojechałam po niego do kliniki, pani doktor dała mi go bez pytania, bez komentarzy, bez oceniania. Od paru miesięcy jestem matką. Chciałam mieć dzieci, jestem w stałym związku, ale w momencie, w którym dowiedziałam się, że jestem w ciąży, wpadłam w ogromną panikę. W mojej rodzinie są obciążenia genetyczne, bałam się, że moje dziecko będzie chore, że wydarzy się coś złego. Myślałam o aborcji, choć z dzisiejszej perspektwy wydaje mi się to wręcz absurdalne, bo bardzo swoje dziecko kocham. Mimo to jednak wtedy strasznie ważne było dla mnie to poczucie, że mam prawo do samodzielnej decyzji.

Na szczęście w kraju, w którym żyje, ginekolodzy po prostu nie wyobrażają sobie prowadzenia ciąży bez obowiązkowych badań prenatalnych, zwykle nieinwazyjnych, w razie konieczności również inwazyjnych. Cały czas podkreślano, że mam prawo do pełnych informacji i do wyboru. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, ale znam kilka par, które zdecydowały się na usunięcie ciąży z powodu uszkodzenia płodu. Ta decyzja była dla nich trudna, ale po pewnym czasie wszyscy się pozbierali. Znam też kilka dziewczyn, które zdecydowały się na usunięcie ciąży z wpadki. Zdarza się. Nikt ich nie stygmatyzował. Uważam, że trauma poaborcyjna nie istnieje, to fikcja, sztucznie wywoływane poczucie winy, zawsze ktoś ma w tym interes. Staram się wybić sobie z głowy ostatnie resztki hipokryzji, bo do dziś przyłapuję się na tym, że mimo wyznawanego przeze mnie liberalizmu obyczajowego, mimo nieopresyjnej atmosfery kraju, w którym żyję, temat aborcji nadal wywołuje we mnie niezdrowe emocje i potrzbę fałszywej waloryzacji moralnej, w przeciwieństwie do moich koleżanek i kolegów, którzy urodzili się tutaj.  Mam nadzieję, że w Polsce kiedyś będzie normalnie.