Anna

Miałam legalną aborcję w Polsce w kwietniu 2016 z powodu wady genetycznej – zespołu Downa. Czasem mam tak dużo do powiedzenia na temat tego doświadczenia, że mogłabym książkę napisać, a czasem nic mi się nie chce mówić, bo jestem przekonana, że jedynie własne doświadczenie jest w stanie wpłynąć na kogoś. Upublicznianie różnych historii ma sens, ale głównie w tym, żeby pokazać, że innym ludziom się coś przytrafia i im większa liczba ludzi o czymś pisze, tym być może większa siła takiego publicznego wyznania. Jednak jeśli mój wpis (bez względu na to, jak żarliwy i bolesny byłby) czyta ktoś o zupełnie innych przekonaniach, to nie wierzę, że moja historia jest w stanie wpłynąć na zmianę tych przekonań. Dlatego nie będę się starać pisać tak, aby zmienić czyjeś podejście do aborcji eugenicznej. Takim doświadczeniem nie da się „podzielić”, a nawet jeśli mój opis trafiłby na kogoś, kto ma ocean empatii i gdyby po przeczytaniu mojej historii ta osoba zmieniłaby swoją pierwotna opinię o aborcji, to i tak nie oznacza to absolutnie nic. Empatia i solidaryzowanie się z bohaterem narracji nie ma absolutnie nic wspólnego z tym, co ktoś zrobiłby będąc na moim miejscu lub będąc moim mężem, moją teściową, moją mamą, siostrą, lekarzem etc. Nie będę pisać banałów w stylu „to była najtrudniejsza decyzja w moim życiu”. Nie będę też opisywać szczegółów, bo one są dość oczywiste. Opiszę tylko trochę tło: to była planowana i oczekiwana pierwsza ciąża i wynik badań prenatalnych był jak nagła informacja o śmiertelnym wypadku. Między tą pierwsza informacja, a aborcją minęło chyba 5 lub 6 tygodni i prawie do ostatniej chwili rozważaliśmy nieusuwanie ciąży i opiekę nad upośledzonym dzieckiem. Mój mąż był bardziej za urodzeniem, ja za aborcją. Napiszę bez ogródek, myślcie co chcecie, ukamieniujcie mnie, Wasza opinia nie ma dla mnie znaczenia, bo takie decyzje nie podejmuje się w oparciu o konsensus rodzinny, o radę kogoś tam, o obietnicę wsparcia i pomocy kogoś tam… Albo czujesz, że oddasz się opiece nad takim dzieckiem na 100% albo nie. Ja czułam, że byłby to dla mnie koniec życia, pracy, wolności… byłabym jedna z tych walczących matek dzieci specjalnej troski, które zakładają fundacje, którym wciąż brakuje pieniędzy na rehabilitacje, które zostają same, które mają taka bolesna determinację w oczach, które są heroinami, które swoim życiem dają świadectwo wielkiego poświęcenia. Nie jestem heroiną, supermanką. Nie chce nią być.