Agnieszka

Miałam aborcję. Ba, miałam nawet dwie.  A od trzeciej o włos.

Ale najpierw byłam młoda, niewinna i mocno związana z kościołem.

W rodzinnym domu panował typowy prowincjonalny, katolicki porządek i światopogląd. Znaczy, ojciec pił i (bywało że) bił, matka stosowała zimny wychów, do kościoła i spowiedzi pójść było trzeba, a o rzeczach w domu nie mówiło się nikomu na zewnątrz. Był to światopogląd, który kazał mojej matce milczeć jak głaz w wielu kluczowych dla nastolatki kwestiach: pierwszej miesiączki, rosnących piersi i włosów łonowych, zaokrąglających się bioder i tego rozgorączkowania na widok idoli w Bravo Girl. To wszystko było obrzydliwe. Pierwszą zakrwawioną bieliznę utykałam po szafach, żeby nie było pytań o słabo doprane majtki. Na tematy chłopaków nie rozmawiało się inaczej, niż „tylko wstydu nie przynoś”, ostatecznie „pamiętaj, szanuj się”. Seks? Toż temu słowu rzadko udawało się przecisnąć przez moje usta! Zakochać się w kimś było wstydliwe. Interesować się ciałem – grzeszne. Antykoncepcja majaczyła gdzieś na granicy szatańskiej rozpusty i krwawego morderstwa. O tym się z wypiekami czytało pod ławką w Dziewczynie. I muszę przyznać, że gdyby nie te ówczesne brukowce dla nastolatek, długo nie dowiedziałabym się o prezerwatywach czy globulkach antykoncepcyjnych.

Ignorancja i bezradność, jakie w tym czasie mnie otaczały, wywarły mocne piętno. Choć dość szybko odrzuciłam mocno propagowany w całym otoczeniu katolicki światopogląd, pozostałam jednak z zaszczepionym lękiem przed nieunikniona karą, poczuciem uogólnionej, niesprecyzowanej winy i dogmatem o służebnej roli kobiet.

To był początek studiów. Wyrwałam się wreszcie z dusznej mieściny. Żadnego „dawania na lewo i prawo”, jak by niektórzy chcieli to widzieć: to był jeden i ten sam facet. Była antykoncepcja. Raz zsunięta prezerwatywa i Postinor, który nie zadziałał; drugi raz dwie przeoczone pigułki z paczki. Raz skrobanka u lekarza na osiedlu, za studencką stawkę, za to z miejscowym jedynie znieczuleniem (!) a raz „wypasiony” zabieg w prywatnym gabinecie, z anestezjologiem i salą pozabiegową. Obie formalnie nielegalnie.

Owszem, obie aborcje długo nie dały mi się ze sobą pogodzić. Ale nie dlatego, że coś złego wydarzyło się ze mną już po nich, tudzież w ich trakcie. To coś wydarzyło się znacznie wcześniej. Dużo wcześniej niż kreski na teście. To było głębokie zachwianie sfery bezpieczeństwa już od wczesnego dzieciństwa. To młodzieńcza, nieprzeparta i wiecznie niezaspokojona potrzeba poszukiwania bliskości poza toksyczną rodziną, ale bliskości nadal według patologicznego, domowego wzorca. To głębokie przekonanie o nieudolności i niekompetencji oraz o ohydzie własnego ciała. To brak szacunku do osobistych przekonań i wyborów. To przeświadczenie o niemożności wywierania realnego wpływu na teraźniejszość i na przyszłość. To brak kontaktu z własnym ciałem i z własną sferą emocjonalną. To wreszcie behawioralna wręcz blokada na zwracanie się do najbliższych o pomoc, z obawy przed wyśmianiem, poniżeniem lub odepchnięciem. To wdrukowane wizje kar za grzechy, przed którymi nie ma ucieczki. To  nie wzięło z aborcji jako takiej, ale z czasów dzieciństwa spędzonego w mocno zachwianej, ale nadal katolickiej i „porządnej”, małomiasteczkowej rodzinie w latach ’80. I to tu jest prawdziwa trauma, to były rzeczy, z którymi tak naprawdę musiałam się w kontekście tych aborcji uporać.

Największą trudność stanowiło, że trzeba się było z tym ukrywać (bo nielegalne i nieetyczne); że nie ma się komu wypłakać, a to przecież ból i stres jest spory; że to wstyd nie umieć się skutecznie zabezpieczyć (choć się zabezpieczałam); że w domu to by mnie za to obwiesili, i że na pewno do studiów by przestali dokładać; no i że trzeba spłacić długi za zabiegi, a ze studenckiego stypendium nie bardzo jest jak. Jeszcze miałam gdzieś głęboko zakorzenione, wyniesione z niedzielnych kazań myśli, że kiedyś na pewno spotka mnie za to jakaś straszliwa kara; w końcu długie lata w mocno religijnej narracji nie mogły nie pozostawić śladów. Ale samej esencji tych decyzji byłam stuprocentowo pewna. W najmniejszym nawet stopniu nie czułam się gotowa na posiadanie dziecka. Ani nawet w ogóle zdolna do podźwignięcia roli matki. Ani ojciec. Do niczego.

Od tych dwóch nieodległych od siebie aborcji musiała minąć dekada (miałam wtedy już 30 lat), zanim odsunęłam myśl, że w moim życiu nie ma żadnej opcji na własne dzieci. Skończyłam studia, ogarnęłam się życiowo, związałam się z rozsądnym mężczyzną. No i urodziłam całkowicie planowaną i oczekiwaną dwójkę. A zaraz potem trzecie, ale jak na ironię – z wpadki. Trochę rozchwianie hormonalne, trochę nonszalancja. Przy drugim dziecku nie mogłam zajść w ciążę grubo ponad rok. Lekarka uspokajała mnie wtedy, że w tym wieku (35) to jest już trudno. Ale wystarczył przesunięty cykl i nieco fantazji („po co prezerwatywa, zaraz będzie okres”), żeby okres nie przyszedł. Byłam w szoku. Przestraszona, wściekła, załamana. Nie mogłam uwierzyć jak to się mogło stać. Do chwili testu, muszę to podkreślić, byłam w najszczęśliwszym okresie swojego życia: odchowane dzieci, związek po przejściach, ale wzmocniony i naprawiony, bez większych problemów życiowo-finansowych. Wiadomość o trzeciej ciąży prawdziwie mnie przygniotła.

Tak, przygotowywałam się na kolejną aborcję. Ale oto niepostrzeżenie – z czego zdaję sobie sprawę dopiero teraz – dosięgnęła mnie trauma sprzed lat. Oto poczułam się w obowiązku odkupić „dawne winy”! Pozostałam w ciąży. Decyzja była moja. Zawaliłam fajną pracę. Straciłam szansę na następną, jeszcze lepszą. Musieliśmy przebudować za małe mieszkanie. Pojawiła się spora różnica zdań między mną i mężem co do naszej przyszłości. Przypłaciłam to wszystko depresją, jeszcze w ciąży, zresztą do dzisiaj się z tym borykam. Trójka dzieci po trzydziestce to wyeksploatowane i szwankujące ciało, to zmęczony umysł. To chaos, hałas i codzienna użerka. Momentami jest nam bardzo ciężko, tak zwyczajnie – fizycznie i psychicznie, bo na szczęście finansowo udaje się wiązać obydwa końce. Widzimy jednak, że mamy dla naszych dzieci zbyt mało czasu, zbyt mało uwagi i cierpliwości. Ledwo dajemy radę. To nie tak, jak byśmy chcieli i nie tak, jak byśmy mogli, gdyby było nas mniej.

To jest moja trauma. Trauma postnatalna. Nie poaborcyjna.

Oczywiście, teraz nie potrafiłabym obejść się bez najmłodszej córeczki. Teraz, gdy już przebrnęłam przez najgorsze, przez ciążę, pieluchy, warzywne papki, ząbkowanie i ciągnięcie wózka. Ale mam też poczucie, że to wszystko jest już ponad moje granice. I że przekroczyłam je na własne życzenie. Czy też raczej, że kazało mi je przekroczyć moje podświadome, zbudowane na religijnym tle, wpajane od dzieciństwa, wzmocnione nieudolnym wychowaniem, najtrudniejsze do przepracowania, głęboko uwewnętrznione poczucie winy. To ono wywołało dawno uśpione demony przeszłości.

Czytam wywiad z jakąś chrześcijańską psycholożką, która twierdzi, że „syndrom postaborcyjny” może się ujawnić nawet po wielu latach. I podaje za przykład kobietę, która dawno temu miała aborcję a teraz ma już dorosłą córkę, która niestety zerwała z nią kontakt, przez co kobieta żałuje, że nie mała jeszcze jednego dziecka (w domyśle tego usuniętego), bo nie czułaby się teraz taka samotna. Czytam i wierzę, że każdy przeciętnie zorientowany w procesach psychicznych człowiek wie przecież, że taki żal może mieć całą masę rozmaitych przyczyn i powiązań. Albo pisze psycholożka, że się bóle podbrzusza wiele lat po aborcji kobietom przydarzają; lub płaczliwość i koszmary senne, i że to wszystko też przez ten syndrom.

Aż by się chciało z przyzwyczajenia krzyknąć: „Na Boga!”.